Ludzi. Zmitrężyliśmy u Zenusia
Kategorie

Ludzi. Zmitrężyliśmy u Zenusia

Ludzi. Zmitrężyliśmy u Zenusia przez ciebie. A ty wiesz, co się stanie, jeśli Górale zwyciężą? Będzie się liczyć, że przegraliśmy bitwę — rzekł niepewnie Kajaki. A jutro! Zostaniemy ich niewolnikami. O Jezu! I co? No wszystko. Jak Kękuś zechce, to będziesz mu­siał całą wodę z Jaskuli wypić. A guza! E, bratku, jak niewolnik to niewolnik. Takie jest prawo. Kajaki popadł w wyraźne przygnębienie. — Czemu od razu nie poszedłeś, kiedy ciebie woła­łem? — Ba — rzekł wymijająco Polek. — Popatrz, leci Ferdzia. Istotnie, stecką od Puszkami pędził Ferdzia, chło­pak złotowłosy i niedbale odziany. Gonił przed sobą fajerkę na drucie. Ujrzawszy wypoczywających przy­jaciół, zatrzymał się, unieruchomił swój aparat i siąk-nął czerwonawym nosem. Polek przypatrywał się chwi­lę jego twarzy o wielkich, wypukłych oczach, ujętej z obu stron w misterne pierścienie pejsów. — Skąd? — spytał lakonicznie. — Z parpierni — odpowiedział basem Ferdzia. — Oj, oj, jaka tam bitwa. Biją się? Widziałeś? No, nie widziałem, ale wiem. Mów. Ferdzia przydeptał nogą czyhunowy krążek, opuścił głowę z zażenowaniem. — Podglądałem z dębniaku. Nasi weszli do parpier­ni i nie wyszli. To pewnie się biją. A ty? Łapa nie wziął. Czemu? Ferdzia siąknął nosem i milczał. — Ech ty, Ferdzia, starozakonny wojownik — wes­tchnął Polek. Chłopak uniósł trochę głowę, patrzył spode łba. — No to goń fajerkę do domu, matka pewnie kwaś-ności nagotowała. Nie odchodził. — Czego gały wywalasz? — zdziwił się Polek. — Nie twoja to rzecz mieczem wojować. Skończysz szko­łę — będziesz śledzie liczyć. I chciał się odwrócić w absolutnym znudzeniu, gdy nagle a niespodziewanie spadła nań huraganowa burza pięści i dotkliwych kopniaków. Zasłaniając się rękami próbował perswadować: — Ferdzia, zwariowałeś? Jak dam ci zaraz syfona, to bąble uszami pójdą. Ferdzia, odejdź, bo się zgnie-wam. Lecz rozszalały chłopak z fajerką nie słyszał tych perswazji. Płacząc spazmatycznie, walił na oślep kuła­kami, bódł wielką, stanowczo za wielką w proporcji jego ciała głową, kopał zapamiętale przeciwnika. Za­skoczony furią Polek cofał się, niezdarnie parując gwałtowne razy. Próbował interweniować Kajaki, lecz rychło odpadł z naderwanym uchem. Nie pozostało nic innego jak ucieczka. Dopiero z bez­piecznej odległości zdecydowali się spojrzeć za siebie. Zgarbiony Ferdzia siedział pośrodku ścieżki przed fa­jerką nadzianą na drut i rzewnie płakał. Ale zajadły — powiedział Kajaki przymocowując na powrót bardzo sfatygowane ucho. Jak będę miał czas, to mu jeszcze przysunę. Cały rękaw mi oderwał — rzekł Polek. W dole przed nimi była Puszkarnia. W nadrzecznej zieleni leżała martwa jak biała dłoń. Biegł ku niej stromy skłon dębniaku, gęstwą leszczyn, dzikich ma­lin i łopianów wdzierający się na łąki. Nad tą głęboką doliną wisiał posępny obłok ciszy. — Polek, a może wszyscy poszli do domu? — spy­tał niepewnie Kajaki. Boisz się? Nie. Tak sobie pytam. Chciałbyś wrócić? Pewnie. Taki kawał drogi lecieć na darmo. — A jeśli nasi zwyciężyli i teraz dzielą niewolni­ków? Myślisz? No pewnie. To ja bym też dostał prawdziwego niewolnika? No pewnie. Chwilę milczeli patrząc już innymi oczami na dziw­nie cichą papiernię. A co ty zrobisz ze swoim niewolnikiem? Będzie krowy pasł. A ty? — Ja, ja... — zamyślił się Kajaki. — Jeszcze nie wiem. Możesz mu kazać robić to, czego sam nie lubisz. To niech się myje za mnie rano. Eee, nie wolno. Dlaczego? — No, bo jakoś durno. Niewolnik to niewolnik, no, rozumiesz... Lecimy? Lecimy. Puścili się co sił zboczem przeciętym u dołu torami kolejowymi. Błyszczące szyny, zniekształcone przez rozpalone powietrze, pulsowały niespokojnym rytmem niknąc

Poprzedni - Nasi chłopcy w
Następny - W mętnym od

Strony pokrewne